Każde dziecko zostawia ślad

Kobieta, która chciałaby mieć jakikolwiek ślad po straconym dziecku, może zabrać jego odbite stópki do domu. To ważne z punktu widzenia psychologicznego, bo świadczy o uznaniu dziecka, jego obecności, pozwoleniu sobie na pamięć o nim i na odbycie żałoby  – mówi mgr Anna Stachulska, położna, specjalistka pielęgniarstwa rodzinnego z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego im. prof. K. Gibińskiego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, wykładowczyni i współorganizatorka konferencji naukowych dla położnych oraz warsztatów tworzenia pamiątek po zmarłym dziecku, między innymi śladów stópek. W wielu artykułach pisze o roli położnej w udzielaniu wsparcia kobietom po stracie dziecka.



„Nie ma stópki zbyt małej, by nie mogła zostawić śladu” – to motto, które zapisujecie na kartce dla rodziców dzieci utraconych. Kiedy pani zrozumiała, jak ważne są takie ślady?

Może miałam szczęście, ale kiedy zaczęłam pracę w 1991 roku, w moim szpitalu rodzice mogli pożegnać stracone przedwcześnie dzieci. Nie było karteczek ani motta, nie było śladów stóp, które dziś robimy, ale praktyka – choć nie taka powszechna – już istniała. Wciąż jednak dochodziło do sytuacji, które nie były wspierające dla kobiet. Pracowałam na bloku porodowym, gdzie rodziły zarówno matki zdrowych dzieci, jak i kobiety, które dziecko straciły. Dawaliśmy wtedy – zarówno my, jak i lekarze – wiele nietrafionych pocieszeń. I choć wszyscy mieliśmy dobre intencje, taka forma towarzyszenia nie była dobra. To były zdania typu: „dobrze, że dziecko zmarło, bo miało rozległe wady”, lub: „przynajmniej pani wie, że może zajść w ciążę”. Żadna kobieta, której zmarło dziecko, nie powinna tego usłyszeć. Wtedy o tym nie wiedziałam.

 

Czy w trakcie nauki zawodu ktoś was przygotowywał do tego, jak wspierać kobiety tracące ciąże?

Kiedy kończyłam studium położnicze – skądinąd bardzo dobrą szkołę, która mnie świetnie wyposażyła do pracy w zawodzie – nie miałam pojęcia o komunikacji z pacjentką w trudnej sytuacji położniczej. I choć na studiach w ramach kształcenia pielęgniarek i położnych mieliśmy zajęcia z psychologii, to ograniczały się one do teoretycznych zagadnień, więc może i  potrafiłam odróżnić choleryka od sangwinika, ale poza wprowadzeniem do nauki nikt nam nie mówił, jak rozmawiać z pacjentem, jak przekazać złą wiadomość o chorobie, nie mówiąc już o tym, jak powiedzieć o śmierci dziecka. I tego mi później przez całe lata brakowało. Nie było konferencji, szkoleń, zbyt rzadko się o tym rozmawiało, temat poronień był tabuizowany. 

 

Zaczęła więc pani szukać sama?

I dzięki temu w 2007 roku trafiłam na konferencję „Przegrane narodziny”, organizowaną przez Warszawski Uniwersytet Medyczny, i to był przełom w myśleniu o moim miejscu i roli w szpitalu. Pojechałam na nią z własnych funduszy. Otrzymałam tam nie tylko wszechstronną, wielopoziomową wiedzę na temat poronień i trudnych sytuacji okołoporodowych, ale też narzędzia, za pomocą których mogłam pracować. Podczas warsztatów psychologicznych i artystycznych uczyłam się nowego modelu komunikacji, a także tworzenia pamiątek. Wtedy usłyszałam o tym po raz pierwszy, choć za granicą były to znane już praktyki. Prowadzące uczyły nas malowania stópek dzieciom. Miałyśmy lalki, którym pokrywałyśmy stópki farbkami, a potem odbijałyśmy je na karteczkach, tak by każda kobieta, która chciałaby mieć jakikolwiek ślad po straconym dziecku, mogła je zabrać do domu. To ważne z punktu widzenia psychologicznego, bo świadczy o uznaniu dziecka, jego obecności, pozwoleniu sobie na pamięć o nim i na odbycie żałoby. I tak zostałam wyposażona w wiedzę, która pozwalała mi postępować w przypadku straty poczętego dziecka tak, by kobieta poczuła się zaopiekowana i nie wyszła ze szpitala z traumą.  

 

Co zrobiła pani po powrocie do swojego szpitala? 

Przeprowadziłam „rewolucję”. Przekazałam koleżankom wszystko to, co usłyszałam na konferencji, i zachęciłam do tego, by robić pamiątki. Kupiłam farbę w tubce, która jest gęsta, przez co łatwiej można ją – nawet palcem – nałożyć na stópki i odbić na papierze. Mówiłam, że takie karteczki dostaną wszystkie kobiety, które będą chciały, powiedziałam też o sentencji przywiezionej z warsztatów. Byłam podekscytowana, chciałam od razu działać, robić, zmieniać.

 

Nikogo to nie zszokowało?

Położne z bloku porodowego przyjęły to dobrze, ale część lekarzy pukała się w głowę, że chyba zwariowałam, że to rozdrapywanie ran, nikomu niepotrzebne. Ale mnie już nie dało się zatrzymać. Zaczęłam szkolić dziewczyny, mówić, jak mają rozmawiać z kobietami, o co pytać, jak je informować, jakich słów nie używać. To były tygodnie i miesiące, podczas których towarzyszyły mi w trakcie rozmowy z pacjentką lub stały za drzwiami, gdy ja rozmawiałam. Słuchały i uczyły się, co robić, by nie było tego ani za mało, ani za dużo, i by odpowiadać na potrzeby kobiet. To był pierwszy etap tych działań, trudny dla wszystkich, którzy chcieli coś zmienić. Kolejnym było zaciekawienie. Coraz częściej przychodzili do nas lekarze, którzy gdzieś usłyszeli o naszych praktykach i chcieli dowiedzieć się, co tak naprawdę robimy. Wtedy zaczęła się edukacja lekarzy. Potem nastąpił etap trzeci: lekarze zaczęli przychodzić do nas wcześniej, uprzedzając, że mają pacjentkę z obumarłą ciążą, i prosili, aby przeprowadzić ją przez ten trudny czas tak, jak to robimy, łącznie z pamiątkami. Zdarzało się, że nasza pacjentka trafiała na wizytę kontrolną do gabinetu ginekologa i opowiadała mu, że położne zrobiły jej odciski stópek i że to było dla niej ważne, nieraz przełomowe dla zachowania pamięci o dziecku, by mogła iść dalej, powrócić do równowagi.

 

Jak wielka jest potrzeba, by o tym mówić, by zwiększać świadomość?

Ogromna, bo od tego zależy, czy kobiety będą musiały przez lata mierzyć się z traumą, czy uda im się zakończyć żałobę i wrócić do życia. Na szczęście programy nauczania na uczelniach medycznych zmieniają się i mówi się o tym coraz więcej, a przyszłe położne, pielęgniarki i lekarze, którzy przychodzą do nas na praktyki, zdają sobie sprawę, jak ważna jest komunikacja. Na zajęciach w szpitalu tłumaczymy, czego absolutnie nie powinni mówić, jakich schematów nie powielać, opowiadamy też i pokazujemy, jak zrobić pamiątki. Bywa, że są zdziwieni, a przecież w wielu krajach od dawna było to normą: robiło się dzieciom zdjęcia i odciski stópek, były sale pożegnań. I my odciski stópek staramy się robić zawsze, nawet wtedy, kiedy mama w pierwszej chwili odmawia. Zostawiamy je w kopercie, podpisane nazwiskiem, z datą. Kiedy kobieta jest w szoku, potrzebuje czasu, którego często w szpitalu brakuje. Mieliśmy różne sytuacje. Pamiętam panią, która nie chciała ani pamiątki, ani pożegnań, a po kilku godzinach przyjechali dziadkowie i chcieli zobaczyć, pożegnać się z wnukiem, oczywiście chcieli także odciski stópek. Trzeba było zrobić wszystko, by im to umożliwić. Dlatego dziś u nas każde dziecko zostawia ślad. 

 

Na początku same szyłyście ubranka?

Nie było takich maleńkich, a chciałyśmy, by przy pożegnaniu kobieta mogła zobaczyć dziecko chociaż w kolorowej, ładnej czapeczce. Dziergałyśmy je w domu. To było niezmiernie ważne, bo pozwalało ukryć nieraz zdeformowane ciało, a kobieta widziała, że dziecko jest uszanowane. I tak było przez całe lata do momentu, kiedy odebrałam telefon od kobiety, która u nas rodziła.  Powiedziała, że jest krawcową i chciałaby dla nas szyć maleńkie ubranka i rożki. Z czasem powstało wiele takich spontanicznych grup, które później zawiązały się w Fundację Tęczowy Kocyk. 

 

Czego potrzebuje kobieta, kiedy trafia do szpitala z diagnozą ciąży obumarłej?  

Potrzebuje na pewno informacji i klarownych instrukcji, które zostaną jej podane w spokojny sposób. Wiele kobiet jest w szoku, są przerażone, zdezorientowane, zrozpaczone, bo starały się o dziecko od lat. I tych pierwszych informacji udziela lekarz. Kiedy trafiają na blok porodowy, mówię na początku, że jest mi bardzo przykro. Podkreślam, że może sobie pozwolić na wszystkie emocje, bo często widzę, że je powstrzymuje, nie pozwala sobie na szloch czy krzyk. Pytam, co wie o swojej sytuacji, czy ktoś z nią rozmawiał, co usłyszała i co zrozumiała, bo to nie do końca musi być tożsame. Często mówię: spróbujmy to sobie ułożyć po kolei. Kiedyś my, położne, same pisałyśmy wszystkie informacje, ale już od wielu lat mamy ulotki, przygotowane m.in. przez portal Poroniłam.pl, Fundację Tęczowy Kocyk czy Fundację Medycyny Prenatalnej im. Ernesta Wójcickiego, i możemy je kobiecie przekazać. To ważne, by dostała coś, co może sobie spokojnie poczytać, poznać wszystkie możliwości. Zawsze pytam, czy ktoś kobiecie towarzyszy – wtedy tłumaczę to także osobie, która jest z pacjentką. Panie często są w szoku, nie myślą racjonalnie,  dlatego tak ważna jest obecność drugiego człowieka, który potrafi to zracjonalizować i powtórzyć. 

 

To musi być bardzo trudne i dla pani…

Wcześniej nie miałam świadomości, że mnie to również dotyka, że też mam swoje emocje. Kiedy załamywał mi się głos i odnosiłam wrażenie, że nie dam rady spokojnie dokończyć rozmowy, obwiniałam samą siebie. Ale po lekturze książki napisanej przez psycholożkę Izabelę Barton-Smoczyńską O dziecku, które odwróciło się na pięcie zrozumiałam, że mam prawo do emocji i to nie jest brak profesjonalizmu. Dziś, kiedy idę na rozmowę, biorę zawsze dwie chusteczki. I teraz także wiem, że nie może być tak, że na oddziale jest wyłącznie jedna osoba przeznaczona do rozmów po stracie – to zbyt obciążające. Sama przeżyłam trudny czas braku sił i wiem, co oznacza ten rodzaj bólu. Przez całe lata angażowałam się, byłam na „pierwszej linii frontu”, ale pewnego dnia poczułam, że nie dam rady odbyć kolejnej rozmowy. Musiałam zrobić sobie półtora roku przerwy. 

 

Dobrze, że pani mówi o tej książce, wspierającej nie tylko mamy, które straciły dziecko, ale także osoby, które im towarzyszą, między innymi personel medyczny.

To książka dla całych rodzin; traktuję ją jak niezwykły przewodnik. Ta publikacja oraz Jak przeżyć stratę dziecka. Powrót nadziei Catherine Sanders stały się książkami, które wytyczały mi kierunki i utwierdzały w tym, że to, co wcześniej robiłam intuicyjnie, jest dobre. Zachęcam personel, by do nich sięgał, by wiedział, jak sprawić, aby kobieta, która trafiła do nas na oddział, mogła w jak najlepszy dla siebie sposób przeżyć tę tragedię. 

 

Co z kobietami, które nie trafiają do szpitala, a ronią w domu?

To są czasami dramatyczne historie, kiedy kobiety po latach starań wreszcie zachodzą w ciążę, jeszcze rano się cieszą, a wieczorem czują się gorzej i nagle na ich dłoń wypływa pięciocentymetrowe ciałko. I z nim przyjeżdżają do szpitala roztrzęsione, w szoku. Tutaj staramy się, by cała procedura – trudna przecież – była jak najbardziej humanitarna, choć nie ma idealnych rozwiązań. Kobiety dostają pojemniczek, w którym umieszczają to maleńkie ciałko. Staramy się pobrać materiał do badań, ale także przygotowujemy do pochówku, jeśli taka jest wola pacjentki. Zdarza się, że kobiety ronią do toalety i nie mogą sobie później tego wybaczyć. To, co najważniejsze z naszej strony i co należy starać się robić, to nie oceniać i każdym gestem, ruchem, potraktować je z uznaniem i szacunkiem. Dla jednej kobiety to, co się stało, będzie poronieniem, dla drugiej śmiercią dziecka; jedna będzie chciała je pożegnać, druga oddać szczątki do badań, kolejna nie będzie chciała niczego. I trzeba starać się do tego dostosować z pełną akceptacją

 

Jak kobiety reagują na możliwość pożegnania? 

Wszystko zależy od tego, w jakim środowisku żyła dana kobieta, jakie ma doświadczenia w rodzinie i wśród znajomych. Czy śmierć dziecka była tematem tabu, nigdy nieporuszanym, czy oswojonym. Dla większości pań jest to coś nowego i bywa, że szokującego. Mimo działania różnych organizacji, zmian na poziomie prawnym, wciąż nie ma powszechnej wiedzy o tym, że każda kobieta ma możliwość pożegnania poczętego dziecka niezależnie od tego, w którym tygodniu czy miesiącu je straciła. I większość pań – mimo początkowego zamętu – chce to zrobić. Są osoby, które boją się kontaktu z martwym ciałem, w którym już widziały swoje dziecko; wtedy trzeba dać im czas, przestrzeń, spokój. Proponuję wówczas, by sobie to przemyślały, porozmawiały z bliskimi i zdecydowały o formie, w jakiej chciałyby to zrobić. Kiedy same nie chcą dotykać ciała, dziecko podczas pożegnania może trzymać położna. Czasami kobiety wyciągają dłoń w stronę dziecka i wypowiadają słowa pożegnania. Robią to na swoich warunkach.  

 

Mówi im pani o swoich doświadczeniach?

Mówię, że z psychologicznego punktu widzenia pożegnanie jest dobre i ważne, choć to nadal jedynie propozycja i możliwość. Wiem, że niektóre kobiety później żałują – czasami nawet po długim czasie – że nie zdecydowały się na taką opcję. Dlatego staramy się, by to pożegnanie wypadło jak najmniej dramatycznie, by koiło. Przygotowujemy maleństwo, myjemy, okrywamy tak, by nie było widać niedoskonałości i wad. Ale jeśli kobieta zechce, może odwinąć becik, zobaczyć rączki i nóżki. Przygotowane ubranka i rożki ułatwiają pożegnanie, przytulenie dziecka. Cieszę się, że jest to możliwe, bo wiem, że dawniej – piętnaście, dwadzieścia lat temu – wiele kobiet chciało pożegnać swoje nienarodzone dziecko, ale nie wiedziały, czy mogą, bały się nawet zapytać. Nie dopuszczały do siebie swoich pragnień, obawiając się, że ktoś je wyśmieje, powie, że chyba zwariowały. A dziś często dziękują za to, że ta możliwość istnieje. I potrzebna jest wiedza, że kobiety mają takie prawo. Słyszę czasem: „myślałam, że jak o to poproszę, to będą mieli mnie za wariatkę”. Tak więc, jeśli pani pyta, jak reagują, to bardzo różnie, w zależności od tego, z jakimi przekonaniami i doświadczeniami przychodzą. To temat trudny i wciąż niedopowiedziany, nie na okładki lifestyle’owych gazet.   

 

Wasza praca przypomina pracę douli umierania – towarzyszycie ludziom w momencie śmierci i pożegnania z bliskimi. Ilu psychologów was wspiera?

W szpitalu jest trzech psychologów, którzy pracują z pacjentkami. Dwóch z nich częściej konsultuje ginekologię i położnictwo, w tym kobiety po stracie dziecka. Psycholog jednak psychologowi nierówny – tu też widzimy pewnego rodzaju specjalizację. Towarzyszenia w sytuacjach granicznych trzeba się nauczyć, ponieważ to bardzo wymagająca rola. Wszystkim kobietom proponujemy psychologiczne wsparcie, ale też go nie narzucamy. Wiele pań chce ten czas w szpitalu przetrwać i jak najszybciej wrócić do domu – nie pozwalają sobie, by robić tutaj cokolwiek więcej od tego, co muszą. Prawda jest jednak taka, że to, co zadzieje się w tym pierwszym momencie, właśnie u nas, jest niezmiernie istotne; od tego, jakie kobieta dostanie wsparcie, zależy, czy wyjdzie z traumą, czy poczuje się na tyle bezpieczna i przyjęta ze wszystkimi swoimi emocjami i uczuciami, że da sobie prawo do żałoby, a w konsekwencji lepiej poradzi sobie w domu i w powrocie do równowagi. Kiedy tego nie dostanie, zawsze będzie postrzegała szpital jako miejsce złe, straszne i okrutne.

 

Pytacie kobiety o to, czy opieka, którą im stworzyłyście, była taka, jakiej oczekiwały?

Ciężko wymagać, by w tak dramatycznych okolicznościach dopytywać, czy im się „podobało” i co myślą. Jest możliwość wyrażenia opinii w ankiecie szpitalnej czy na stronie Facebooka. Przed czasem mediów społecznościowych mieliśmy kronikę, która przez lata leżała na szafce w sali połogowej. Oczywiście nikomu nie przyszłoby do głowy proponować kobiecie po stracie wpis do kroniki, ale okazało się, że niektóre panie robiły to spontanicznie. Zaskoczyło nas, kiedy na wielu stronach znalazłyśmy podziękowania w obliczu trudnego macierzyństwa. Stąd wiemy, że to, co robimy, jest dobre. Znam na pamięć jeden wpis, który brzmiał: „Dzisiaj na świat przyszedł mój synek Lesiu, był bardzo, bardzo malutki, a jego duszyczka tańczy teraz z aniołkami, moje kochane maleństwo”. Jeśli ktoś po martwym porodzie napisał w ten sposób, to znaczy, że otrzymał od nas prawidłowe wsparcie. I to jest balsam na serce położnej i znak, że idziemy w dobrym kierunku. Mamy pacjentki, które wracają do nas. Czasami dzwonią wcześniej i mówią: „pani Aniu, pewnie pani nie pamięta, byłam u was trzy lata temu i było trudno, ale teraz chcemy u was urodzić zdrowe dziecko”.

 

Pisała pani pracę magisterską, prowadziła też pani badania, z których wynikało, że bardzo mało położnych ma psychologiczne zaplecze i jest przygotowanych do najtrudniejszych zawodowo sytuacji, jak obumarła ciąża. Ale wtedy nie tylko wy nie byłyście na to gotowe, ale całe oddziały.

To prawda – trzydzieści lat temu wiedziałam, z czego składa się zestaw do abrazji, zestaw do porodu, jakie są narzędzia, szwy, leki, umiałam założyć wenflon, podpiąć kroplówkę; znałam się na wszystkich rzeczach koniecznych w uprawianiu zawodu. Nikt mi jednak nie mówił, jak mam wspierać kobietę w trudnej sytuacji. Porodówki w szpitalach były wielostanowiskowe – za postęp uznawaliśmy pojawienie się parawanów między łóżkami. Trudno było nie przyjmować osób wymagających hospitalizacji, tak by na sali sześcioosobowej mogła leżeć wyłącznie mama, której obumarła ciąża. To nie była kwestia bezduszności, ale warunków lokalowych szpitali. Dziś jest całkiem inaczej – panie w sytuacjach szczególnych nie leżą u nas na salach wieloosobowych z matkami zdrowych dzieci, ale mają pokoje jednoosobowe z łazienkami. Tak jest u nas i myślę, że nie należy to do rzadkości. Zawsze jednak powtarzam, że nie da się do końca stworzyć idealnych warunków i czasami kobiety po stracie słyszą płacz dzieci z piętra wyżej, tak jak słyszymy czasami płacz dziecka sąsiadów w bloku. Bywa, że mamy mówią mi rano, kiedy się u nich pojawiam: „A mnie się śniło, że moje dziecko tak bardzo płakało”.

 

Wy, jako położne, jesteście w najtrudniejszej sytuacji, bo macie kontakt niemal w tym samym czasie zarówno z pięknymi porodami, jak i z tymi najtrudniejszymi. Gratulujecie, a pięć minut później towarzyszycie kobiecie, która przeżywa stratę dziecka. 

Przeżywamy narodziny, by chwilę później czuwać przy kimś, komu właśnie załamał się świat, marzenia legły w gruzach. Pamiętam, jak przy okazji spotkania w radiu promującego książkę  Witraże w ciemności, czyli o przedwczesnej śmierci dziecka jej autorka, Renata Kleszcz-Szczyrba powiedziała, że z punktu widzenia psychologicznego my, położne, jesteśmy w najtrudniejszej sytuacji. Musimy dostosować się do procedur medycznych, by o niczym nie zapomnieć i odciąć się od emocji, a z drugiej strony, aby wesprzeć kobietę, musimy się z tymi emocjami skonfrontować – i to jest balansowanie na linie, czasami wykańczające. Na dyżurze opiekuję się kobietami, które rodzą i są najszczęśliwsze na świecie. I to są głośne porody. A za pięć minut mam poród w ciszy i płaczu. Czy jest więc w tym coś dziwnego, że lekarze i położne próbują chronić siebie i odcinać się? To naturalny mechanizm. Lata temu poproszono mnie, bym pojechała do pewnego szpitala opowiedzieć personelowi o tym, jak powinniśmy się zachowywać, kiedy trafiają do nas kobiety z obumarłą ciążą. Ordynator, starszy człowiek, bardzo nieprzyjemnie nas potraktował – burknął, że mamy się zmieścić w dwudziestu minutach i uciekł. Pracownice oddziału były zdziwione, skąd w nim tyle złości, skoro to człowiek po stracie dziecka. Wtedy zrozumiałam jego reakcję. Domyśliłam się, że w tamtym czasie, kiedy stracił dziecko, nie został prawidłowo zaopiekowany i musiał sobie poradzić z tym sam. Dlatego być może to, co się teraz dzieje, uważa za fanaberię i przesadę. I nie jest jedyny, bo przecież słowa: „daj spokój”, „przestań płakać”, „otrząśnij się” nie były niczym wyjątkowym, i smutne, że nadal tak bywa.

 

Od kogo kobiety słyszą takie rady?

Ogólnie rzecz biorąc, od społeczeństwa. Znajomych, nieznajomych, rodziny, czasami od matek, które mówią to, co usłyszały od swoich. Padają więc takie wskazówki, jak: „przestań wydziwiać”, „weź się w garść”, „wrócisz do pracy, to ci przejdzie”, „idź do fryzjera”, „jesteś jeszcze młoda, urodzisz niejedno”. We wspomnianej wcześniej książce Dziecko, które odwróciło się na pięcie autorka cytuje listy od kobiet, nawet siedemdziesięcioletnich, które dopiero w tym wieku pozwoliły sobie na domknięcie żałoby. Jest tam też przejmujący tekst, który często przytaczam, ponieważ pomaga poczuć i uzmysłowić sobie, z jakiego rodzaju stratą mamy do czynienia. Uświadamia, że to nie jest tylko tu i teraz, to nie jest strata tylko dziecka, które ma kilka tygodni, ale jednocześnie też dziecka, któremu już wybraliśmy imię, szkołę, i któremu już w marzeniach w tym przyszłym życiu towarzyszyliśmy.  

 

Zacytujemy?

„Tak. Dla świata to żadna strata. A dla nas? Przecież straciliśmy nie tylko niemowlę czy małe dziecko. Ja straciłam dwumiesięczną Natalię. Tracąc ją, straciłam również roczniaka chwytającego się łóżeczka, by postawić pierwsze kroki. Straciłam trzylatkę pedałującą na rowerze. Straciłam siedmiolatkę wysuwającą koniuszek języka przy stawianiu pierwszych kulfoników w zeszycie. I rozchichotaną nastolatkę, co wiecznie szepcze coś przez telefon. A wreszcie dorosłą kobietę. Bo moja córka nigdy się taka nie stanie, a mogłaby. I każdą z nich będę opłakiwać”. 

Fragment książki Katarzyny Kachel ,,WSZYSTKIE MOJE STRATY – O ciąży, traumie i odzyskanym życiu”

Wydawnictwo WAM 2023 

Przejdź do treści