Uznanie, że decyzja o pozostaniu lub odejściu przynależała do duszy dziecka, może przynieść ulgę

Praca terapeutyczna z oddechem pomaga człowiekowi objąć samego siebie, podejść do siebie jak najbliżej, by później pozwolić zbliżyć się innym – zarówno do swojego ciała, jak i do siebie jako osoby. Umożliwia integrację doświadczenia, jego pełne przeżycie, domknięcie cyklu żałoby, przejście i wsparcie, ale też powrót do niewinności ciała i dobrej z nim relacji – mówi Michał Godlewski, twórca terapeutycznej metody oddechu transmodalnego, założyciel Instytutu Oddechu, nauczyciel, który od ponad dwudziestu lat buduje społeczność miłośników oddechu i kształci profesjonalnych praktyków oddechu; pisarz, poeta, tancerz, wykładowca.

Czym jest dla ciebie żałoba?

Myślę o żałobie jako o procesie powrotu do życia, do cyklu, którego jest nieodłączną, powtarzającą się częścią. Każdego dnia przecież coś się kończy, ale także zaczyna; z czymś się rozstajemy, ktoś odchodzi, by mógł przyjść ktoś inny. To ciąg pożegnań i powitań, w którym każda kolejna strata potrzebuje być mniej lub bardziej opłakana. I gdybyśmy przyjrzeli się wszystkim etapom żałoby w ujęciu psychologicznym, uznając, że trzeba pozwolić sobie na zaprzeczanie, niezgodę, gniew, a potem na smutek i godzenie się, które prowadzi do akceptacji, to ułożą się one w proces powrotu, zdrowienia. W tym powrocie nie zawsze wszystko potoczy się modelowo. Poszczególne etapy być może zmienią swoje miejsce na linii czasu, przeskoczą albo zaistnieją równolegle. W ramach każdej z tych głównych faz będą wydarzać się też inne i ta nieschematyczność jest całkowicie naturalna. To, co ważne, to dobrze przeżyć wszystko, co w nas prawdziwe, a mówiąc: „dobrze”, rozumiem to jako: przeżyć do końca.

Czy da się bez przejścia żałoby wieść normalne życie?

Jeśli pytając o normalne życie, myślisz o takim, w którym można odczuwać radość, spełnienie, mieć dzieci i je kochać, odpowiem, że tak, że to możliwe. Ale w tym samym momencie, kiedy wypowiadam te słowa, robi mi się smutno, bo nie czuję w nich pełni, a tylko dostępność. Możliwość, w której każde z tych uczuć, które przywołuję, nie będzie tak kompletne, jakim mogłoby być. Pozwolenie, by żałoba wybrzmiała w pełni, sprawia, że wszystkie uczucia mogą się w nas wysycić, a my zyskujemy pojemność. To trochę tak, jakby pozwolić, żeby nastała w nas zima, która i tak chce się zadziać. Dać sobie czas na schowanie do środka, zgodę na niemoc, odpoczywanie, ale też na strach i ból. Na ten rodzaj hibernacji, po którym odzyskuje się równowagę i odnajduje w sobie moc, by w pełni rozkwitnąć. I nie jest to kategoryczne, bo zaburzając ten rytm, nie przestaniemy przecież istnieć; są ludzie o takiej konstrukcji, która pozwala im pomieścić ból po stracie. Tylko czy nie będzie wówczas tak, że już zawsze będą nosić w sobie uwięziony, zahibernowany element, który będzie odbierał im część energii? Porównam to do obracającej się klepsydry w Windowsie, która – choć kliknęliśmy „zamknij” – wciąż się kręci, a program jeszcze cały czas pracuje. Ciężko wtedy ruszyć dalej.

I wiele kobiet nie rusza dalej, ale dlatego, bo wydaje im się, że nie zasłużyły na żałobę.

Zaskoczyłaś mnie, bo dla mnie było oczywiste, że ta rozmowa będzie o tym, jak sobie poradzić z żałobą po poronieniu, po stracie nienarodzonego dziecka. W domyślnym nastawieniu nie przyjmowałem innej możliwości, a zwłaszcza takiej, że komuś żałoba może nie przysługiwać.

Mimo zmian to wciąż ten rodzaj straty, który nie ma właściwych określeń w standardach społecznych. Gdy rodzi się dziecko, witamy je plemiennie, odprawiamy ceremonie, mamy swoje rytuały: chrzciny, pępkowe, wysyłamy rodzinie setki zdjęć. Tu nie ma zdjęć, peselu, dziecko nie zaistniało wśród żywych, więc co właściwie opłakiwać?

Choć chciałbym teraz odpowiedzieć inaczej, to poprzez swoją ignorancję i ja wpisuję się w taki odbiór społeczny. Wiem, jakbym zareagował w konkretnej sytuacji, ale już samo niedostrzeganie problemu może sprawiać, że jest on podtrzymywany. I może się to dziać na poziomie zewnętrznym, tak jak mówisz, wewnętrznym, ale niestety także partnerskim. Myślę o takiej sytuacji, kiedy partner stwierdza: „Nie ma nad czym płakać, przecież możemy mieć kolejne dzieci”. W terapii systemowej, Hellingerowskiej, każde pojawienie się dziecka, nawet nienarodzonego, zmienia rodzinę na zawsze. Partnerzy nie są już tylko partnerami – stają się rodzicami, a brak wspólnie przeżytej żałoby może (co nie oznacza, że musi) być końcem związku. I jest dla mnie jasne, że mówiąc o tym, wchodzę na ten poziom dyskusji, który porusza zagadnienie identyfikacji – odpowiedzi, czy jesteśmy rodzicami od chwili poczęcia, czy od momentu urodzenia. I to zostawiam. Głęboko jednak czuję, że dla bliskości relacji i jej intymności wspólna żałoba ma wielki sens. Zwłaszcza że nie dotyczy wyłącznie utraty dziecka, ale także utraty nadziei na przyszłość, której w takiej formie już nie będzie, i utraty części siebie w tym wyobrażeniu. To moment, kiedy trzeba pogodzić się z tym, że ta wersja mnie jako kobiety i ta wersja mnie jako mężczyzny nie zaistnieją, tak jak i nie zaistnieje wyobrażona wersja nas jako pary. Więc żegnamy także marzenie czy pewną koncepcję nas jako rodziców.

Czy może być tak, że poczucie winy, które mają niemal wszystkie kobiety w takiej sytuacji, przeszkadza w odbyciu tej żałoby?

Poczucie winy, czasami też wstyd, mogą odbierać zarówno prawo do żałoby, jak i do przeżycia wszystkich przychodzących uczuć. Bo jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi, stracie towarzyszy czasami przekonanie o poniesionej porażce, o tym, że ona, on się nie sprawdzili, nie dali rady, nie osiągnęli sukcesu. Czasami dochodzi do tego osądzanie się partnerki czy partnera, że z sytuacji, która na to nie zasługuje, robią problem. Kończy się to wyciszaniem, zamrażaniem, odcinaniem, a strata pozostaje niezaopiekowana i nieprzeżyta nie tylko przez samego siebie, ale także razem z innymi. Psychoterapeuta i praktyk oddechu Andrzej Solarz przypomniał ostatnio, że żałoba jest doświadczeniem wspólnotowym. I ma rację. Aby w pełni poradzić sobie z bólem, potrzebujemy wokół ludzi, którzy pomogą nam go unieść i w jakimś stopniu w tym smutku z nami pobędą. Może nie w takim samym wymiarze, ale świadomość ich obecności sprawi, że cierpienie się zdyfunduje.

Potrzebujemy więc pochówków, styp, wspólnoty przeżyć?

Potrzebujemy zamknięcia, poczucia, że coś się skończyło. I może się ono dokonać zarówno przez przeżycie, jak i przez rytuał. W naszej kulturze, oddalonej od śmierci, zatraciliśmy wspólnotowy charakter jej przeżywania, a żałoba stała się wręcz powściągliwa. A przecież we wspólnym cierpieniu zadziewa się coś ważnego: jest w nim zgoda i pozwolenie, by się wydarzyło, może w jakiś sposób jest w nim także nadzieja odzyskania poczucia bezpieczeństwa i panowania nad życiem. Wykluczenie się z tego procesu może skutkować nie tylko odebraniem sobie możliwości lepszego życia, ale także stać się formą destrukcji zarówno nas samych, jak i kolejnego dziecka, które przyjdzie na świat. Jestem dzieckiem, które urodziło się po poronieniach, i czułem, jak nieprzeżyta żałoba po moim rodzeństwie wpływa na moje środowisko prenatalne. Pamiętam smutek i chłód w łonie, związany z utratą poprzedniego dziecka, które w ciele, w nieświadomości, zostały zatrzymane. Taki był mój pierwszy kontakt ze światem zewnętrznym. I mówię to także po to, by zaznaczyć, że każda nieprzeżyta żałoba ma wpływ na to, w jaki bagaż zostanie wyposażone kolejne dziecko. Część niewysyconego smutku stała się elementem mojego przywitania z mamą i ze światem, a wraz z nim pojawił się pewien rodzaj pomylenia, czy smutek jest mój, czy jej. W sesji oddechowej da się z tym pracować i to zmienić, o ile się to namierzy.

Ciało pamięta, ale to wciąż to samo ciało, które kobietę zdradziło, bo nie ochroniło, zawiodło. Co zrobić, kiedy pytania „dlaczego” nie da się rozwiązać na poziomie biologicznym?

Dobrze wówczas poszerzyć nasze zrozumienie o tę perspektywę, którą nazywamy duchową. Umożliwia ona w pewnym – czasami może też niekompletnym i niewystarczającym – stopniu wytłumaczenie, danie ukojenia, odpowiedzi, dlaczego nie teraz. Uznanie, że decyzja o pozostaniu lub odejściu przynależała do duszy dziecka, może przynieść ulgę. Na głębszych poziomach strata może też być informacją związaną z nieuświadomioną jeszcze decyzją dotyczącą wyboru tego a nie innego mężczyzny. A wtedy można ją potraktować czy przyjąć jako formę procesu ochronnego przed tym, co mogłoby się wydarzyć w związku. Przeżywając żałobę, warto nie pomijać żadnego z poziomu, którego dotyka: poziomu ciała, serca, emocji, umysłu i duszy. Wszystkie te obszary są w tym procesie prawdziwe i symultaniczne. Ciało przeżywa swój ból, a serce swój, rozumienie potrzebuje czasu i poczucia akceptacji, a to, co nazwiemy duszą, esencją, częścią nas, która dziecko wybrała i chciała się z nim spotkać, przeżywa swoją tęsknotę.

Czy terapia oddechem transmodalnym może objąć wszystkie te części? Wiele kobiet odcina się od ciała, nie chce go czuć, nie dotyka brzucha ani – jeśli je ma – blizn pozabiegowych.

Praca z oddechem transmodalnym w wymiarze terapeutycznym zajmuje się integracją bolesnych doświadczeń, właśnie po to, by móc wrócić do życia i odzyskać naszą pełną do niego zdolność. Można żałobę i stratę objąć i zrozumieć intelektualnie, ale ślady po niej wciąż mogą uwierać w ciele fizycznym, a także w ciele, które nazwałbym emocjonalnym. Ponieważ żyjemy w prymacie intelektu nad ciałem i uczuciami, możemy próbować wymuszać na ciele konkretne reakcje, zapominając, że ono ma swoją inteligencję i mądrość. I jeśli mówisz o dysocjacji, rozdzieleniu w człowieku, zdefragmentowaniu poprzez odrzucenie części ciała i nieuznanie jej za całość – to mówisz o objawach traumy i szokowej, i relacyjnej.
Praca z oddechem pozwala odzyskać zamrożone, znieczulone, porzucone części ciała. Umożliwia odzyskanie kontaktu z nimi, nawiązanie relacji, która umożliwi powtórne przyłączenie ich do całości. Powrócimy do pełni i kompletności sprzed tego wydarzenia, a jego ślad, choć zostanie, nie będzie nas uszkadzał i defragmentował. Nie będziemy czuli emocjonalnej niechęci do ciała czy jego części. Brak samoobjęcia i samomiłości zawsze przekłada się na relacje z innymi ludźmi – na granice bliskości i dopuszczanie do siebie drugiego. Jeśli więc ja nie umiem być ze sobą blisko, mogę trzymać w dystansie i innych – tak, by i oni nie dotykali tego, czego ja sama nie chcę dotknąć. Praca terapeutyczna z oddechem pozwala człowiekowi objąć samego siebie, podejść do siebie jak najbliżej, by później pozwolić zbliżyć się innym – zarówno do swojego ciała, jak i do siebie jako osoby. Umożliwia integrację doświadczenia, jego pełne przeżycie, domknięcie cyklu żałoby, przejście i wsparcie, ale też powrót do niewinności ciała i dobrej z nim relacji.

Czy terapia z kobietami, które przez kilka czy kilkanaście lat były zamrożone i nigdy nie przeżyły swojej żałoby, i z kobietami, które są tuż po stracie, wygląda inaczej?

Z perspektywy systemu nerwowego i ciała wydaje się, że dla przeżycia, odreagowania czy domknięcia cyklu nie będzie to miało wielkiego znaczeniu. Czasem może to być na tyle duże i bolesne, że trzeba wpierw poczekać, umocnić w sobie poczucie kontroli i panowania nad swoim życiem, by stanąć do głębszej pracy integrującej bolesne doświadczenie. Mądry terapeuta lub praktyk oddechu będzie potrafił pracować w granicach możliwości czy zezwolenia danej osoby. Z doświadczenia pracy z oddechem wiem, że ludzie po latach domykają niedomknięte procesy tak, jakby działy się w teraźniejszości. Umysł umiejscawia wydarzenia na linii czasu, a ciało przeżywa je tak, jakby działy się w tym konkretnym momencie.

Czy trzeba wracać podczas sesji do momentu straty, pożegnać to, co nie zostało pożegnane?

Są dwa podejścia. Pierwszy model to praca w teraźniejszości ze wszystkimi uczuciami i doznaniami, bez powracania do przeszłości. Wtedy to, co pamięta ciało, dokańcza się w tu i teraz. Według drugiego, który w tych szczególnych przypadkach wydaje mi się wskazany, wraca się do momentu związanego z traumą, by zintegrować pamięć ciała z pamięcią umysłu i serca. W takiej sesji warto dokończyć to, co się nie wydarzyło, a co teraz nas obciąża. Myślę o nadaniu imienia, wypowiedzeniu tych słów, które nie padły: zarówno do dziecka, jak i partnera, ale myślę też o wyrażeniu zatrzymanych frustracji, złości i krzyku. Wtedy wszystko, co zostało przesunięte w czasie, może zaistnieć i zostać przeżyte do końca – wydarzyć się i być przyjęte w obecności praktyka lub terapeuty w taki sposób, którego oczekiwaliśmy od partnera, rodziny czy społeczeństwa. Żałoba zyskuje wówczas charakter wspólnotowy, a ciężar czy poczucie winy, których nie byliśmy wówczas w stanie unieść, rozkładają się, stają się dostrzeżone i uznane przez innych, co w konsekwencji przynosi ulgę.

Wiele kobiet po stracie dziecka przestaje wychodzić z domu, nie sypia, nie je, rozstaje się z partnerem. Jeśli trafiają do psychologa, diagnozą są: depresja, PTSD, stany lękowe. Czy terapia oddechem wystarczy, by w całości uleczyć takiego człowieka?

Wystarczy. PTSD czy zaburzenia potraumatyczne oznaczają, że dla ciała trauma się nie skończyła, że w systemie nerwowym jest ona wciąż powtarzana, utrzymując go w ciągłej mobilizacji. Pozostawanie w takim stanie wyczerpuje nasze zasoby i sprawia, że funkcjonujemy w sposób nieuregulowany. A używając ludzkiego języka: jesteśmy nieukojeni. Terapia oddechem może pomóc na poziomie kojących codziennych praktyk – uspokajania, harmonizowania, generowania dobrostanu – i potwierdzają to badania naukowe. Może też pomóc w integracji bolesnego doświadczenia poprzez wyłączenie w ciele tego, co cały czas w nim pracuje, mobilizując je. Będziemy to nadal przeżywać, ale dzięki narzędziom regulacyjnym już nie z taką mocą. Uzyskamy większą trzeźwość względem tego, co się realnie wydarza, to zaś przełoży się na lepszy sen, trawienie i lepsze rozumienie siebie. Praca z oddechem uzmysławia, że ta prawda, w której przeżywamy siebie jako niekompletnych czy popsutych, nie jest jedyna. Będziemy ją umieli zweryfikować. I do tego procesu potrzebujemy drugiego człowieka – osoby, która pomoże oddzielić to, co subiektywne, od warstwy obiektywnej. Idealnie, gdyby takie kompetencje i zrozumienie miał nie tylko praktyk oddechu, ale także partner.

To ważny temat, bo mężczyzn często w tej żałobie nie ma.

Myślę, że jest im trudniej, bo mają cały zestaw i społecznych, i wewnętrznych zachowań, który kompletnie nie pomaga przejść żałoby – ani samodzielnie, ani wspólnie. To instrukcje, zgodnie z którymi mają stać się silni i wspierający partnerki, a to przecież nie pozwala na pokazanie cierpienia. Nie przyznają się, że im też zależało, że to także ich strata i ból. Często tłumią lub ukrywają to, co czują naprawdę. Idealne byłoby wspólne przeżywanie, kiedy partnerzy cierpią i płaczą razem, kiedy współodczuwają. Ale w zapisanych społecznie rolach to mężczyzna ma być dla kobiety opoką. Brak możliwości zamanifestowania tego, co się w człowieku dzieje, może skutkować tym, że będzie bagatelizował stratę, nie nada jej ważności. I czasami faktycznie powie wtedy: „nie przejmuj się, będziemy mieli następne dziecko”. I jestem pewien, że mówiąc to, ma w sobie intencję wsparcia. Sam komunikat nie jest jednak uzdrawiający.

Czasami kobiety leczą się w ten sposób, że chcą szybko „naprawić sytuację”, zajść w kolejną ciążę. Bywa jednak i tak, że latami żyją z dzieckiem, które się nie narodziło, a nie życiem teraźniejszym.

To wciąż mechanizm kompensacyjny związany z nieprzeżytą żałobą i traumą. By nie doświadczać trudnych uczuć, jak również obiektywnie fałszywego, ale subiektywnie prawdziwego poczucia defektu, przechodzimy w drugą skrajność – do etapu zaprzeczenia. Radzimy sobie kompulsywnie, starając się o kolejne dziecko, udowadniając, że możemy je mieć. I to już jest zachowanie reaktywne, które wymaga dostrzeżenia schematu kompensacyjnego sposobu radzenia sobie ze stratą i zmienienia go. To ten wzorzec, w którym choć nie mamy pieniędzy, kupujemy drogą rzecz, by sobie udowodnić, że nas na nią stać. Zakup nie zmienia faktu, że nadal żyjemy w deficycie. Dlatego ważne jest, by pogodzić się z tym, czego się na ten moment nie ma, i dojść do takiego punktu, gdy w sposób zrównoważony można sobie na coś pozwolić, nie ponosząc straty.
Mechanizm, o którym teraz mówię, ma to do siebie, że choć jego zadaniem jest obrona nas przed doświadczeniem najgorszego uczucia czy myśli – w tym przypadku poczucia defektu, bycia gorszym, nieadekwatności, wstydu i poczucia winy z tym związanym – paradoksalnie je w nas umacnia. Szczególnie wtedy, kiedy nie udaje się nam zajść w kolejną ciążę. A nawet gdy się udaje, wciąż nie zalecza pierwotnego uczucia. Działa tutaj mechanizm wahadłowy, kiedy przesuwamy się z tego, co trudne, na drugi kraniec skali, by żyć w czymś lepszym. Tylko że tym samym nadal pozostajemy w rozszczepieniu. To, co daje praca z oddechem i każda inna, która pomaga radzić sobie w takich sytuacjach, to życie nie w ekstremach, a powrót do nowego zrównoważonego środka. W tym środku nie mamy dziecka, nie wykluczamy, że mieć je możemy, ale też nie udowadniamy sobie za wszelką cenę, że tak musi być.

Która praca z oddechem jest w takiej żałobie wskazana: terapia grupowa czy indywidualna?

Obie formy wsparcia mogą być skuteczne w zależności od tego, kto je prowadzi i kto przychodzi. Jeśli to będzie krąg kobiecy i kobieta odnajdzie w sobie gotowość i zdolność do podzielenia się swoim bólem i historią, może się spotkać z ogromnym wsparciem. Wierzę, że to buduje leczącą narrację, bo takich historii jest więcej. Wówczas traci się poczucie wyobcowania i społecznej izolacji czy marginalizacji. Wyobrażam sobie też, że sesje grupowe i warsztaty mogą być poświęcone stracie dziecka, i wtedy byłoby to idealne środowisko, które łączy wspólne doświadczenie. Osoba uczęszczająca na taką terapię nie będzie w tym przeżyciu samotna, a tym samym łatwiej jej będzie zweryfikować zwłaszcza te negatywne przekonania o sobie jako kobiecie gorszej czy zepsutej. W takim kontekście zdoła też dogłębnie przyjrzeć się i dostrzec, co jest prawdą, a co wynikiem rozpaczy wynikającej z żałoby. Wierzę, że znalezienie się w otwartej i skierowanej na przetworzenie takiego tematu grupie może być niezmiernie wzmacniające i oczyszczające. Niektórzy będą potrzebowali także głębszej pracy, bardziej indywidualnego wsparcia. I w zależności od tego, kim jesteśmy, czego potrzebujemy, należy dopasować do tego rodzaj terapii.

Czy jeśli traumie towarzyszy amnezja, w pracy terapeutycznej należy ją uszanować?

To naturalne, że w momencie powstania traumy, zbyt intensywnego przeżycia, nasze ciało również na poziomie systemu nerwowego doświadcza zbyt mocnych bodźców. Pobudzenie staje się tak silne, że próbujemy je wyhamować. Mówiąc językiem uczuć, staramy się je z powrotem wepchnąć do siebie, zapomnieć, zamknąć, gdyż nasze zdolności poznawcze są na ten moment ograniczone. I pracując oddechem, nie będziemy ich na siłę wydobywali. Przypominanie ich sobie dzieje się zwykle naturalnie, podczas stopniowego uwalniania ładunku emocjonalnego z naszego ciała – w czasie integrowania doświadczeń w ciele i w uczuciach w ramach przechodzenia procesu żałoby.

Czy istnieje „za długa” żałoba?

Żałoba trwa samoistnie u każdego tyle, ile ma trwać. Chciałbym jednak zauważyć inny możliwy mechanizm, który polega na podtrzymywaniu procesu dłużej, niż jest to dla nas korzystne i zdrowe. To zanurzanie się, które sprawia, że żałoba staje się ruchem nie ku życiu, a ku śmierci – gdy wycofujemy się z bycia tu i teraz, a kierujemy się w stronę tego, co się wydarzyło, i pozostajemy tam latami. Ten mechanizm jest także częścią traumy. Mam w sobie zaufanie do człowieka i wiarę, że chce wrócić do życia i zrobi to, kiedy tylko będzie na to gotowy. Ciało nie potrzebuje nosić w sobie traumy zbyt długo, więc na poziomie fizycznym to proces możliwy do przejścia w przeciągu miesiąca czy kilku miesięcy. Ważne, czy stanie za tym decyzja o zakończeniu żałoby i pójściu dalej, czy nie. Irvin D. Yalom, emerytowany psychiatra, w swojej książce Kat miłości opisuje przypadek Penny – kobiety, która po śmierci córki latami nie potrafiła żyć z żywymi osobami wokół siebie. Rozpadło się jej małżeństwo, zaniedbała swoje dzieci, a poczucie winy i straty, zamrożony ból, uniemożliwiały jej bycie tu i teraz dla tych, którzy jej potrzebowali i kochali. Wydaje mi się, że czasami bardziej boimy się tego dobrego, które mogłoby nadejść, i wolimy zostać przy tym trudnym. Może to być też powiązane z przekonaniem, że na to dobre nie zasługujemy. I dlatego warto zauważyć taką tendencję – nie po to, by się obwiniać, ale by żałoba i jej przeżywanie nie stało się neurotyczne.

Jak zakończymy tę rozmowę?

Jest mi smutno, bo nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo to trudne dla kobiet – i nie myślę w tym momencie o przejściu żałoby, ale o pozwoleniu sobie na nią. To przygnębiające, że jesteśmy społecznie w takim miejscu, w którym wciąż nie ma pełnego dopuszczenia żałoby po stracie nienarodzonego dziecka, nie ma uznania i wsparcia. Brak świadomości tego, jak ciężko jest innym ludziom w przeżywaniu cierpienia, dotyczy wciąż bardzo wielu problemów. Niewiedza sprawia, że brakuje nam współczucia, by zrozumieć, a tym samym może pogłębiać poczucie samotności, wstydu i winy tych, których ten rodzaj straty dotknął. Chciałbym, aby ta rozmowa stała się także nawoływaniem do humanizowania samych siebie. Byśmy nie marginalizowali przeżywania innych, a stanęli w pełni przy nich jako społeczność, jako plemię, i tym samym dali im wsparcie. Jeśli ktoś zaistniał w naszym sercu i uczuciach, ma prawo być opłakany.

Fragment książki Katarzyny Kachel ,,WSZYSTKIE MOJE STRATY – O ciąży, traumie i odzyskanym życiu”

Wydawnictwo WAM 2023 

Przejdź do treści