Emocje stoją w centrum naszego doświadczania świata. A nierzadko na straży czucia i przeżywania emocji, stoi jedna z nich – lęk. Na początku czucie było tożsame z wyrażaniem. Płakaliśmy doświadczając bólu, skakaliśmy z radości, ekspresyjnie wyrażali złość – każdy stan miał swoją wyrazistą, cielesną emanację. Z czasem jednak uczymy się, że niektóre uczucia są „złe”. Nasz smutek bywał zawstydzany, pomijany, nieuznawany. Tym samym dostawialiśmy komunikat „kiedy to czujesz, to ja ciebie nie chcę”, bo nasza ekspresja była dla naszych opiekunów „nie do uniesienia”. W naszym wewnętrznym doświadczeniu uczucia te stają się wiec czymś, co zagraża relacji. I odtąd zostają przykrywane lękiem. Tak uczymy się być dzielni, połykać łezki, zaciskać zęby. Napinać ciała, trzymając z całej siły uczucia, które nie chcą być widziane. Z czasem wyprowadzamy się z ciała – miejsca skumulowanych, trudnych dla nas emocji, wobec których pozostajemy tak bardzo bezradni. Ale to, co niewyrażone, nie znika – emocje są psychofizjologiczne i upchnięte w ciało, mogą wracać, pod postacią różnych objawów.
Po-czucie
Każda emocja jest potrzebna i jest cennym źródłem informacji. Złość przynosi wiadomość, że ktoś przekracza nasze granice, smutek, że coś ważnego utraciliśmy. Kiedy oddalamy się od ciała, żeby chronić się przed doświadczaniem trudnych dla nas uczuć, tracimy kontakt z tym, co w nas żywe i witalne. Tracimy nawigację, wewnątrzsterowność.
Smutek ma wielką moc. Zbliża nas do siebie i przypomina o tym, co ważne. To emocja, która pozwala się zatrzymać. Daje przestrzeń na refleksję. Nauczyliśmy się nie respektować smutku, sądzimy, że smucenie to „zbędne rozczulanie i mazanie się”. Mamy wdrukowany automat tłumienia mówimy „nie płacz, uśmiechnij się, będzie dobrze”, unieważniamy – „nie przesadzaj, inni mają gorzej. Często odcięcie od czucia to nasz mechanizm obronny przed doświadczaniem tego, co zbyt trudne. To, co początkowo ma walor adaptacyjny, prowadzi nas z czasem na manowce, do życia bez czucia. Daleko od siebie.
Smutek jest ucieleśniony – rozpoznajemy go w drugiej osobie zanim go zwerbalizuje – ciało się kuli, zapada, opadają ramiona i głowa. Emocja to przecież ruch, już w istocie swojej nazwy (od łacińskiego emovere w ruchu). Smutek kieruje nas do siebie, to ruch do wewnątrz (przeciwnie np. do złości czy radości, których energia aktywizuje do działania). W kulturze produktywności smutek nie jest dobrze widziany. Mówi się, że smutek/żałoba to tabu XXI wieku, takim, jak w XIX wieku był seks. Ile razy mieliśmy wyrzuty sumienia, gdy zatrzymał nas w bezruchu i straciliśmy dni, tygodnie… Nazywanie i wyrażanie emocji, pozwolenie by wybrzmiała, pozwala ciału wrócić do równowagi. Każda emocja ma swoją dynamikę odzwierciedloną w nerwach czuciowych i motorycznych, każda jest doświadczeniem ciała. Upychana w ciało, może być źródłem niezrozumiałego pobudzenia układu nerwowego lub odcięcia/zamrożenia.
Patologizację smutku dobrze ilustruje dyskusja wokół DSM-5 (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders) – kolejnej edycji klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, gdzie na przedłużoną/patologiczną żałobę, wskazują objawy głębokiego smutku, które, po śmierci bliskiej isiby trwają dłużej niż … dwa tygodnie. We wcześniejszych edycjach był to rok, później dwa miesiące – czas „dopuszczalnej żałoby” coraz bardziej się kurczy. Propozycja skrócenia czasu „słusznego cierpienia” wzbudziła kontrowersje w środowisku psychologów, lekarzy i psychoterapeutów. Czy to nie modelowanie świata, który skazuje nas na samotność i cierpienie, który w istocie jest przeciw zdrowieniu? Porady „musisz być silny” mogą być paradoksalnie czynnikiem wydłużającym żałobę, bo nie pozwalają, by emocje wybrzmiały.
Kultura nieczucia i tłumienia emocji jest przeciw zdrowieniu. Nie tylko skazuje nas na poczucie winy, wstydu i samotności, ale na poziomie fizjologicznym utrzymuje w przewlekłym stanie pobudzenia, co wiąże się m.in. z ciągłą aktywację układu podwzgórze-przysadka-nadnercza, odpowiedzianego za wydzielanie kortyzolu.