Ola – moja córka. Dziś skończyłaby 26 lat. Skończyłaby, gdyby nie urodziła się przedwcześnie, w 28 tygodniu ciąży. Dwa tygodnie trwała walka lekarzy, by utrzymać ją we mnie.
Przegrana walka.
Niewiele pamiętam z tamtego okresu. Moje ciało pamięta wszystko.
Potrzebowałam 25 lat, żeby sobie wybaczyć:
To, że tamtej jesieni moje ciało było zbyt słabe, by tę ciążę utrzymać.
To, że podpisałam zgodę na poród, który zakończył się śmiercią dziecka, któremu obiecałam życie.
To, że ratowałam swoje – a może warto było zaryzykować…
To, że w szklanej galaktyce mojej córki zabrakło ciepła mojego dotyku.
To, że tak długo czułam, że zawiodłam. I nie widziałam, jak zawodzi świat wokół.
To, że nie umiałam po tym kochać tak, jak pragnęłam i potrzebowałam.
To, że moje ciało do dziś trzyma się kurczowo tych napięć i blokad, dzięki którym przetrwałam.
To, że byłam taka dzielna. I taka silna. I nie pozwoliłam sobie na słabość, na rozpad, na roztrzaskanie
się na skałach straty.
Dziś już nie pytam, dlaczego?
Nie próbuję znaleźć sensu w tej śmierci. Bo go nie ma. Nigdy go nie. To wbrew naturze.
Dziś uczę się nadawać sens życiu, które trwało zaledwie kilkanaście godzin i odmieniło moje. Dzięki mojej córce zrodziło się coś dobrego, powstała Fundacja „Czułe w Stracie”. Dziś uczę się czułością obdarzać siebie i inne kobiety.
Moja córka – Ola. Wciąż żyje. W moim sercu, w moich myślach, działaniach i w moim „dlaczego”. Dostałam od niej w darze największą lekcję miłości. Największą, bo najtrudniejszą.
Nauczyłam się kochać pomimo: nieobecności, niespełnionych nadziei i pragnień. Nauczyłam się żyć pomimo: smutku, żalu, poczucia winy i wstydu. Nauczyłam się kochać przestrzeń, w której Ona jest. I wszystko pomiędzy. I dzięki Niej wiem, że Miłość nie potrzebuje obecności, by mogła być i żyć w nas. Ona nigdy się nie kończy, nie znika, zmienia tylko swój kształt.
Kocham nad życie i ponad śmierć.
Ania Boryczko – mama Oli.
7 października 2025